Ścieżka była mocno zarośnięta, więc patrzyłam uważnie, gdzie stawiam stopy. Nie chciałam ryzykować nadepnięcia na wygrzewającą się na nasłonecznionym stoku żmiję. Chociaż jej ukąszenie dla dorosłego, zdrowego człowieka nie powinno skończyć się tragicznie, wolałabym uniknąć takiej atrakcji.
Gady te można spotkać w różnych siedliskach. W pobliżu domostw, w stertach starych rupieci, desek, drągów, dykty, usypanych kamieni, w ruinach dawnych budowli, na zarośniętych cmentarzach i poboczach dróg. Można też natknąć się na nie, na terenach zbliżonych do naturalnych, takich jak łąki i ich obrzeża sąsiadujące z gęstymi zaroślami. Zdaje się, że unikają otwartych terenów, na rozległych łąkach, czy polach. W lesie, gdzie dominują wysokie drzewa, też nieczęsto spotyka się żmiję. Z naturalnych siedlisk wolą obrzeża lasów i tereny w pobliżu strumieni.
Tym razem nie wypatrzyłam nigdzie zygzakowatego gada.

Żmiję spotkaliśmy kiedy indziej, oczywiście wtedy najmniej się jej spodziewałam. Miałam na nogach sandały, bo byliśmy na popołudniowym spacerze. Zeszliśmy na chwilę z drogi na zarośniętą łąkę. W ostatniej chwili zatrzymałam męża, bo spostrzegłam, że jego but celuje dokładnie w zagłębienie, które szczelnie wypełniało wzorzyste ciało żmii zygzakowatej! Była srebrzystoszara z wyraźnym ciemnym zygzakiem na grzbiecie. Prawie na migi daliśmy sobie znak i po cichutku wycofaliśmy się z tego miejsca.

W Bieszczadach Wysokich, kiedyś zamieszkałych, teraz wyludnionych, takie miejsca są wyjątkowo wymowne. Prosty krzyż zrobiony z miejscowego piaskowca, albo odlany z metalu, tylko przez jakiś czas, będą wskazywały miejsce wiecznego spoczynku żyjących tu kiedyś ludzi. Chociaż przyroda tak nieuchronnie, choć nie bez wdzięku upomina się o swoje, to daje również wskazówki, gdzie kiedyś były cmentarze, czy stały świątynie.
Na bieszczadzkich cmentarzach najczęściej sadzono 

Zdarzyła nam się burza, którą przesiedziałam w kucki pod najniższym drzewem i nie miałam najmniejszej ochoty wyciągać aparatu, żeby ją sfotografować. Dopiero po powrocie z wakacji dowiedzieliśmy się, że tego dnia na Połoninie Wetlińskiej piorun poraził dwoje turystów. Nadchodzącą burzę słychać było na długo przed tym, jak nawałnica zastała nas w pobliżu Dwernika Kamień. Zdążyliśmy zejść do lasu i przycupnąć w zagłębieniu. Po chwili poszycie lasu zakotłowało się. Patrzyłam, jak zeschłe, bukowe liście podskakują na ziemi wokół nas. To grad, wielkości laskowych orzechów, wprawił je w ten szaleńczy taniec. Patrzeliśmy zdumieni - grad w środku lata? Potem nagle zrobiło się ciemno, a po chwili las wokół nas wypełniła gęsta mgła. Czułam się jak w mrocznym horrorze. Musieliśmy odczekać dłuższą chwilę, zanim chmury się podniosły i pełni wrażeń wróciliśmy do domu na kolację. Całe szczęście, że nasi synowie tym razem nie chcieli iść z nami, a może właśnie szkoda, bo mieliby okazję doświadczyć burzy w górach i poznać kilka zasad zachowania się w czasie jej trwania.
