Oj, chmielu, chmielu, ty bujne ziele,
Bez cie nie będzie żadne wesele.
Oj, chmielu, oj, niebożę,
Niech ci Pan Bóg dopomoże,

chmielu niebożę.

piątek, 11 lutego 2011

Muzeum Młynarstwa i Wsi w Ustrzykach Dolnych

Nie zawsze ma się ochotę na osławione, bieszczadzkie błotko, więc w deszczowy dzień wybraliśmy się do Muzeum Młynarstwa i Wsi w Ustrzykach Dolnych.
Trafiliśmy tam niedługo po udostępnieniu 5-kondygnacyjnego młyna dla zwiedzających. Gospodarz, Pan Janusz Bałkota, z wielką pasją opowiadał o historii tego miejsca. Widać było jego niezwykłe zaangażowanie, wiedzę, a przede wszystkim szacunek i podziw dla ludzi i ich pracy wykonywanej tu przez lata. Poprzednia właścicielka, która po śmierci męża sama prowadziła młyn, bardzo chciała żeby młyn nie stracił swojego dotychczasowego charakteru. Widząc wielkie oddanie z jakim obecni właściciele zajmują się tym starym młynem, można być spokojnym o dalsze jego losy. Myślę, że również po części spełni się wola Pani Młynarzowej, aby młyn pracował nadal. Bo chociaż nie będzie już mielił ziaren zbóż na mąkę, to będzie teraz mielił ziarna historii. Odwiedzając to miejsce, czuliśmy się uraczeni wyjątkową strawą duchową.
Na zdjęciu poniżej widać niesamowitą wytrzymałość bambusa. Kilka pędów tej egzotycznej trawy utrzymuje ciężar paru ton.
Zachowane oryginalne tabliczki są bardzo wymowne ;)

niedziela, 6 lutego 2011

Bieszczady - Otryt

W mglisty, ciepły ranek szliśmy z Doliny Sanu na Otryt. Miałam wrażenie, że powoli wchodzimy w chmury. Otryt nie jest szczególnie widokowym miejscem. Porasta go gęsty bukowo - jodłowy las, a nieliczne, zarastające polany nie dają rozległych widoków. Do tego jeszcze ta mgła ograniczająca obserwację, więc nastawiłam się bardziej na patrzenie "do wnętrza" Otrytu.
Chociaż nie było specjalnie gorąco, to wysoka wilgotność sprawiła, że czuliśmy się po trosze, jak w tropikalnym lesie. Wilgoć osiadała na wszystkim. Delikatne nici pajęczyn wyglądały, jak kłębki cukrowej waty.

Przy "Chacie Socjologa"



niedziela, 22 sierpnia 2010

Bieszczady - zaskroniec i jego żółte plamy skroniowe

Szliśmy na Bukowinę. W pewnym momencie mój syn zauważył dużego węża, szybko wpełzającego pod spróchniałą kłodą drzewa. Nie mogliśmy przyjrzeć mu się dokładnie, ale stanowczo zaprotestowałam, żeby wypłaszać go z kryjówki. Wąż jest u siebie, a my jesteśmy tylko gośćmi, wypada więc nie naprzykrzać się gospodarzowi. Nurtowało nas jednak, z kim mieliśmy przyjemność się spotkać. Z opisu syna wynikało, że był to długi, około metrowy wąż. Był prawie czarny, bez żadnego wzoru na ciele.

Mogła być to żmija, chociaż ma ona ciało bardziej masywne i krępe niż wąż, którego spotkaliśmy.
Mógł to być melanistyczny zaskroniec. W Bieszczadach spotykano takie osobniki, u których charakterystyczne, żółte plamy skroniowe, całkowicie zanikły.

Tego dnia znaleźliśmy też małe "stadko" kurek (pieprznik jadalny). Nasz domniemany zaskroniec mógłby sobie pożyczyć trochę żółtego koloru od tych małych grzybków ;-)

Na zdjęciu poniżej pięknoróg lepki - grzyb o podobnej do kurek, żółtej barwie owocnika, który jednak nie jest jadalny. Zdobił spróchniały pień w pobliżu Jeziorek Duszatyńskich.

poniedziałek, 19 lipca 2010

Podróż w Bieszczady

Przed laty trzeba było się nieźle nagimnastykować, żeby w jednym kawałku wsiąść do pociągu jadącego w Bieszczady. W jednym kawałku, to znaczy: ty razem ze swoim bagażem. Co zatem trzeba było zrobić, żeby nie dać się rozdzielić ze swoją drugą połową i podróżować razem? Mój chłopak (obecnie mąż) wykazał się niezwykłą pomysłowością. Po krótkiej i nerwowej bieganinie peronowej, kiedy wydawało się, że pociąg zaraz ruszy bez nas, udało mu się załatwić "kuszetkę" w wagonie pocztowym! Konduktor miał niewielkie wymagania - za wyświadczoną przysługę, pożyczył sobie od nas śpiwór. Drugi śpiwór zagospodarowaliśmy na własny użytek i podróż mieliśmy w komfortowych warunkach. Mój luby, co prawda, nie zmrużył oka, ale ja obudziłam się rano rześka i wypoczęta. Zdziwiła mnie tylko całkiem inna "aranżacja wnętrza" wagonu i sąsiedztwo kilku rowerów leżących obok. Dobrze, że mój chłopak czuwał i nie wynieśli mnie na jakiejś stacji ;-)

Teraz też w Bieszczady można dojechać pociągiem. Koleją docieramy do Zagórza i dalej możemy kontynuować podróż po żelaznej drodze w dolinę Osławy do Komańczy i Nowego Łupkowa, albo możemy przesiąść się na autobus lub bus, żeby odjechać w Bieszczady Wysokie.


Lubię oglądać rozmazany krajobraz z okien pociągu, szczególnie kiedy z płaskiego zmienia się w coraz bardziej pofałdowany. Już za kilka dni zanurzę się w morzu zieleni.

wtorek, 25 maja 2010

Bieszczady - wiosna nad Sanem


Na szerokich, płaskich brzegach Sanu, uważając, żeby nie nabrać wody w buty, chodziłam w poszukiwaniu zwiastunów wiosny. Takie bliskie sąsiedztwo wody lubią olchy (olsza szara i olsza czarna), leszczyna pospolita, wierzby (m.in. wierzba szara i wierzba uszata).
Nie przeszkadza im zbytnio, kiedy wiosną rzeka rozlewa swoje wody.
Bardzo efektownie prezentowały się okazałe kwiatostany lepiężnika różowego, któremu na takich terenach towarzyszy również lepiężnik wyłysiały.

Przez grubą warstwę suchych, zeszłorocznych liści traw, przebijały się młode pędy roślin. Ich świeża, soczysta zieleń wyraźnie odcinała się od słomkowego materaca utkanego z pozostałości poprzedniego lata.
Jaskrawe, żółte kwiaty kaczeńców (knieć błotna) świeciły, jak małe słoneczka i nie pozostawiały wątpliwości, że już na pewno jest wiosna!

wtorek, 18 maja 2010

Bieszczady - kolejka wąskotorowa z Majdanu do Balnicy

Po kilku latach "podchodów", w końcu zdecydowaliśmy się na przejażdżkę bieszczadzką kolejką leśną. Tak jak podejrzewaliśmy, były to leniwe, niespieszne chwile, ale czemu nie możemy poczuć się czasami, jak prawdziwi letnicy?
Zabrałam nawet aparat fotograficzny, zapraszam więc na opowieść obrazem malowaną:


Skąd tu się wzięły bańki mydlane?
Stacja Majdan:


Jedziemy na spotkanie burzy:

Balnica - przystanek w środku lasu:W czsie postoju można pożywić się świeżymi jagodami z cukrem:

Ten wilk ;) polował na bułkę:





czwartek, 6 maja 2010

Bieszczady - cerkiew w Komańczy


Był już zmierzch, kiedy zrobiłam tę fotografię, rekonstruowanej po pożarze, cerkwi w Komańczy. Okaleczone drzewa rosnące w pobliżu, nie pozostawiały wątpliwości, że ogień był wielki. Zabytkowa cerkiew spłonęła prawie doszczętnie. Dzwonnica stojąca obok – ocalała. Ponoć pożary drewnianych cerkwi, to nic niezwykłego – w historii budowli zdarzają się średnio, co 100 lat. Dzięki drobiazgowej dokumentacji, jaką posiadała ta cerkiew, udało się ją dokładnie odtworzyć. Ogień strawił jednak bezpowrotnie całe wyposażenie świątyni, które jak dusza, nadaje charakter takiemu miejscu.